Martyna Wojciechowska o zdjęciach w Ukrainie. Martyna Wojciechowska wróciła z Ukrainy, gdzie nagrywała kolejny odcinek "Kobiety na krańcu świata". "Czasem warto, żebyśmy sobie przypomnieli
Martyna Wojciechowska w sesji dla Vivy!, kwiecień 2017. Martyna Wojciechowska po wypadku: „przeżywam dwa życia” Po tym traumatycznym wydarzeniu, Martyna Wojciechowska wiedziała, że ma do przeżycia dwa życia – jedno za siebie, a drugie za Rafała Łukaszewicza. „Przeżywam dwa życia, bo mam pewien dług do spłacenia”.
Wzięli ślub w trakcie pandemii – w październiku 2020 r. Swoim szczęściem długo się nie nacieszyli. W lipcu 2021 r. wyszło na jaw, że Martyna Wojciechowska i Przemek Kossakowski nie są już razem – i to już od stycznia 2021 r.! Kossakowski jest z wykształcenia nauczycielem plastyki. Gwiazdą TTV został przypadkowo.
Martyna Wojciechowska od 25 lat jest gwiazdą TVN-u. Jej program "Kobieta na krańcu świata" nie pojawił się jednak w jesiennej ramówce stacji. Po tym jak miejsce Edwarda Miszczaka zajęła
Po prostu – zaznacza Martyna Wojciechowska. Prywatnie Martyna Wojciechowska jest mamą 15-letniej córki Marysi. To właśnie jej doświadczenia zaktywizowały dziennikarkę i podróżniczkę do projektu skierowanego do pomocy młodym ludziom. Zobacz w galerii jak mieszka i żyje na co dzień Martyna Wojciechowska.
Martyna Wojciechowska razem ze swoją niestrudzoną ekipą po raz kolejny wyruszyła w niezwykłą podróż. 12. sezon programu jest jednak nieco inny niż pozostałe.
EwonXZK. – Mówisz: „Jestem zakładnikiem własnych marzeń”. Być zakładnikiem czegokolwiek to nie brzmi dobrze. Martyna Wojciechowska: Kiedy w mojej głowie zamieszka jakieś marzenie, zaczynam o nim opowiadać. Nakręcam siebie i wszystkich dookoła. Aż ktoś pyta: „Jesteś już spakowana? Bilet kupiłaś?”. I to jest jak zimny prysznic: „Ups, zdaje się, że poza gadaniem nic jeszcze nie zrobiłam”. Ale ja wtedy już się nie wycofam, taka już jestem. Wszystkie moje wyprawy się tak odbyły! Cały wielki projekt „Korona Ziemi”. W międzyczasie ta korona przestała mi się zupełnie podobać. Zdałam sobie sprawę, że jest wiele gór, które o wiele bardziej mnie pociągają, ale zawsze kończę to, co zaczęłam. – No nie! Tego jeszcze nie słyszałam. Martyna Wojciechowska: Kiedy ponad siedem lat temu powiedziałam głośno, że zdobędę wszystkie najwyższe szczyty na siedmiu kontynentach, nie wiedziałam, na co się porywam. To był czas „Big Brothera”, sesji w „Playboyu”, płynęłam na zupełnie innej fali. Miałam wtedy 26 lat i przez chwilę sądziłam, że świat należy do mnie. Pełna byłam buty, z tym swoim: „damy radę”. Udzielałam wywiadów przez zestaw słuchawkowy pod motorowym kaskiem, nie przerywając jazdy. Oczywiście, że zdarzały się porażki, wiele rzeczy mnie bolało, ale wszystko wydawało się takie proste! Jeszcze do końca nie wiedziałam, kim jestem, ale parłam naprzód z wielką siłą. Marzyłam o wspinaczce, zawsze mnie fascynował alpinizm, ale zdanie o Koronie Ziemi rzuciłam na wyrost i byłam w tym zupełnie naiwna. Powiedziałam jednak coś sobie i całemu światu, więc musiałam to zrobić. To właśnie znaczy zostać zakładnikiem swoich marzeń. – Stanęłaś na tym ostatnim szczycie. Spełniłaś marzenie? Martyna Wojciechowska: Usiadłam, rozpłakałam się, poczułam, jak spływa ze mnie cały stres. Poczułam też nagle te długie siedem lat. Przez ten czas było tak wiele zmian. Zaczynałam projekt, stojąc u boku mężczyzny, z którym byłam związana przez wiele lat, i sądziłam, że to będzie związek na całe życie. Nie udało się, potrzebowałam zmiany, więc próbowałam dalej. Chyba żeby udowodnić sobie i całemu światu, że jednak będę szczęśliwa, zaręczyłam się z nowym partnerem w bazie pod Everestem... przez telefon satelitarny. Happy endu nie było, bo na kolejnej wyprawie, zaraz po ataku szczytowym na Mount McKinley, znów przez telefon się rozstaliśmy. Ja na Alasce, on w górach Iranu. Znów zaczęłam układać swoje życie i choć planowałam zrobić to bardzo powoli, to… w dniu wylotu na Elbrus dowiedziałam się, że będę mamą. I powiem ci szczerze, że macierzyństwo to najwyższa góra, na jaką przyszło mi się wspinać. – A to ciekawe. Martyna Wojciechowska: Na wyprawie, w pracy, nawet w relacji z mężczyzną – mam poczucie, że to wszystko ma swój początek i może mieć albo ma koniec. Dopuszczam możliwość, że ludzie spotykają się na krętej drodze życia, by coś sobie dać, czegoś się nauczyć i potem, bywa, że się rozchodzą. Jedynym „projektem”, który nie ma ostatecznego terminu zakończenia, jest macierzyństwo. Nigdy nie stawiałam jakoś bardzo na życie osobiste, kocham swoją pracę, ale Marysia i to sprowadzenie mnie na ziemię do roli matki, podzielenie losów miliardów kobiet sprawiło, że tyleż samo się przestraszyłam, co jestem tym zafascynowana. – Jesteś szczęśliwa? Martyna Wojciechowska: Dla mnie szklanka zawsze jest do połowy pusta. Słyszę głośniej, co zrobiłam źle, niż to, co dobrze. Ale da się z tym żyć. To niespełnienie, nieustanny głód sprawiają, że ciągle dalej przesuwam swój horyzont. Inaczej może nie czułabym takiej potrzeby? Jak widzisz, nie podcina mi to skrzydeł, bo wciąż potrafię latać dość wysoko. Czy jestem szczęśliwa? Nie jestem minimalistką, do szczęścia, niestety, potrzebuję dość dużo. Kiedy wydaje mi się, że jestem na dobrej drodze, jak to w życiu, coś się zmienia i znów tracę kawałek stałego gruntu pod nogami. Chyba poza moimi rodzicami nie mam się na kim oprzeć. Nie mogę tak po prostu być spokojna, bezpieczna i wzrastać. Codziennie walczę o swoje. Najlepszą odpowiedzią na twoje pytanie będzie to: największe sukcesy zawodowe i wyprawowe osiągałam zawsze wtedy, kiedy nie układało mi się w życiu osobistym. Tak jakbym wtedy koncentrowała się wyłącznie na sukcesie, a utrzymanie się na powierzchni było sprawą życia i śmierci. Bo skoro nic innego nie masz, to inwestujesz w realizację marzeń. – I to ma być rekompensata? Martyna Wojciechowska: Nie można zrekompensować życia osobistego – zawodowym. Siedem lat temu wydawało mi się, że jeśli zdobędę Koronę Ziemi, będę się z tym czuła spełniona i może nawet to jakoś zagłuszy inne braki. Dziś jestem po prostu zadowolona. Dałam dowód ogromnej konsekwencji, wytrwałości i determinacji. Z tego akurat jestem dumna. Nie jestem wyczynową alpinistką, w pracy mam trzy etaty, jestem mamą, a mimo wszystko zrobiłam to. – Godzisz się z tym, że nie można mieć wszystkiego? Martyna Wojciechowska: Nie godzę się. Chciałabym mieć… przynajmniej dużo. Jestem zachłanna. Krótko cieszę się sukcesami. Ale to właśnie wciąż pcha mnie do przodu. Mam ambicje, żeby sprawdzać się zawodowo, być świetną matką, kochanką, żoną… Akurat to ostatnie najsłabiej mi wychodzi. Jeśli mam z czegoś zrezygnować, to chyba rezygnuję z bycia dobrą żoną i z dbania o swój wygląd, bo wszystkiego nie da się zrobić. Na tych polach odpuszczam, na innych nie potrafię. – Bycie żoną i swój wygląd odpuszczasz? Dobrze usłyszałam? Martyna Wojciechowska: Po prostu mi to nie wychodzi. Nie będę trzymać diety i trenować po to, żeby dobrze wyglądać! Moje ciało ma mi służyć, pomóc zdobyć górę, więc pracuję nad nim głównie przed wyprawami. Moje zdjęcia z wypraw bez retuszu? Proszę bardzo! Rozczochrana (Elbrus), zapuchnięta (Mt. Everest). Akceptuję to, że życie wyprawowe sprawia, że czasem wyglądam fatalnie. Góry odzierają z intymności. Nigdy nie pojechałabym na wspinaczkę ze swoim partnerem. Człowiek chory na chorobę wysokościową nie stanowi ładnego obrazka i może nie potrafiłabym się od tego odciąć w sytuacji intymnej. Dla mnie góry są największym sprawdzianem. To one najmocniej – nie rajdy, wyprawy w nieznane, nurkowanie – kształtują mój charakter. Uczą pokory i cierpliwości, których tak bardzo mi czasem brakuje… – A mężczyźni? Czy Ty wiesz, jak bardzo ich onieśmielasz? Martyna Wojciechowska: Chyba nie potrafię flirtować. Spotkałam niedawno znajomego – uroczy, bardzo przystojny. Zaczęliśmy rozmawiać. Właściwie to on peroruje: był tu, tam, coś robił. No, po prostu Indiana Jones! Słucham i zaczynam czuć, że to okropnie denerwujące i że on po prostu gada bzdury, bo byłam w tych miejscach i znam tamte realia. „Hm, będzie sobie moim kosztem humor poprawiał?” – i mówię, co o tym sądzę. I on nagle robi się całkiem malutki. A ja się zastanawiam: dlaczego nie dałaś mu się pochwalić? Nie możesz raz wykrztusić: „Och, to naprawdę niesamowite, podziwiam cię!”. – A nie możesz? Martyna Wojciechowska: Najczęściej słyszałam od mężczyzn, którym podobałam się z wzajemnością, a mimo to nie odważyli się na nic: „A co ja ci mogłem zaoferować?”. Sama chyba też sprawy nie ułatwiam. – Nie ułatwiasz. „W zasadzie nie znam facetów, którzy są uczciwi i wierni. I nie chodzi mi o wierność fizyczną – to byłoby zbyt trywialne. Chodzi o lojalność w stosunku do kobiety, partnerki, żony. Mam problem, żeby zaufać mężczyźnie”, tym wyznaniem rozpętałaś burzę. Martyna Wojciechowska: Koledzy odsądzali mnie od czci i wiary. „Jak sądzisz, jak ja się teraz czuję, kiedy wracam do domu i patrzę w oczy żonie, która to przeczytała?”. Być może przez to, że spędziłam tyle czasu z mężczyznami na stopie przyjacielskiej, straciłam wiarę w pewne rzeczy. I nie pojawił się nikt, kto by mi tę wiarę przywrócił. – O jakim mężczyźnie marzysz? Martyna Wojciechowska: O kimś, kto daje kobiecie opiekę i wie, dokąd zmierza. Takim, który ma dystans do świata, ludzi, do siebie. Tymczasem męska labilność to coś, co mnie przeraża. Jeden ma depresję, drugi nie wie, czego chce, a ja potrzebuję w domu samca alfa. – Jak już się taki znajdzie, czego się może po Tobie spodziewać? Martyna Wojciechowska: W ogóle nie podnoszę głosu, nie ponoszą mnie emocje. Po prostu patrzę. Na wyprawach akurat to, że się nie odzywam, pomaga. Często znajdowałam się w sytuacji, która mnie uwierała, i milczałam, bo wiedziałam, że to się niedługo skończy. A skoro nie będę się z tymi ludźmi więcej widzieć, to po co robić aferę? W życiu osobistym mam jednak taką fatalną cechę, że wycofuję się, robię parę kroków do tyłu. – A potem żałujesz? Martyna Wojciechowska: A potem nikt nie wie, o co mi chodzi, bo przecież nic nie mówiłam. Nie awanturowałam się, tylko nagle powiedziałam: „Odchodzę”. – Boisz się czasem, że będziesz sama? Martyna Wojciechowska: O różne rzeczy, ale o to nie. Często jednak odczuwam innego rodzaju lęk. Zbierając materiały do książki, którą chcę napisać, czytam jeszcze raz pamiętniki z wypraw. Nie zdawałam sobie sprawy, że moje spotkania z górami były tak mocno podszyte niepewnością… – Lękiem o co? Martyna Wojciechowska: Pierwszy szczyt, górka właściwie – Kilimandżaro. Boję się zwyczajnie czegoś nowego. Jestem też okropnie podekscytowana i zupełnie nieświadoma tego, co wysokość może zrobić z człowiekiem. Ze mną, o dziwo, obchodzi się łagodnie, ale wciąż pamiętam zaskoczenie, że wielki chłop może paść jak mucha. Dociera też do mnie, że brak mi techniki. Jeszcze dużo będę musiała się nauczyć. Potem mam wypadek przy kręceniu programu „Misja Martyna”. Łamię kręgosłup, mam długą przerwę, rok rehabilitacji, ale nie rezygnuję. W końcu – wyjazd na Aconcaguę. I panicznie boję się tej góry. Nie dlatego, że jest taka trudna, choć ma prawie 7 tysięcy metrów ale to ma być próba generalna, chcę się dowiedzieć, czy mam szansę na zdobycie Everestu. Trenowałam wcześniej jak wściekła. Dzień w dzień. Bieg, pływanie, rower, siłownia. Na wyprawę jadę z zapaleniem stawów kolanowych. Tabletki przeciwbólowe łykam garściami. Czuję, że nie mogę się poddać, bo zawali się cały plan zdobycia Everestu. Czy dam radę iść pod górę z 20-kilogramowym plecakiem. Sama nie wiem… – Dwa miesiące później stajesz na Dachu Świata. Martyna Wojciechowska: Od złamania kręgosłupa minęło wtedy zaledwie półtora roku. To był niezwykle ciężki czas, straciłam w wypadkach trzech bliskich przyjaciół. Jadę odmieniona. Boję się jednak, bo to najwyższa góra świata. Czy się nie przeliczę? Przecież jak coś się tam wysoko stanie, to nawet mnie nie zniosą. Kiedy stanęłam na szczycie, powiedziałam: „Jestem taka szczęśliwa – nie da się tego opisać!”, dziś, po latach nie powiem nic innego. Potem zostałam naczelną „National Geographic”. Jakoś tak spokojnie, bez emocji zdobyłam Mc Kinley, choć akurat rozstawałam się z partnerem. Po powrocie znów buduję życie osobiste. A kiedy przed wylotem na Elbrus dowiaduję się, że jestem w ciąży, zaczynam się bać na dobre. Z jednej strony zmiany w życiu. Ale też wspinaczka podszyta jest już strachem o dziecko. Schodząc ze szczytu, mam takie uczucie, że je z siebie wytrzęsę. Stawiam każdy krok niezwykle ostrożnie, czuję się fatalnie. Przez parę miesięcy potem jestem wręcz podszyta niepokojem, robię miliony badań prenatalnych. Wszystko jest jednak w porządku. Zostaję mamą. I nagle czuję obezwładniający lęk, dwa tygodnie nie śpię. W ogóle! Siedzę wtedy tylko nad Marysią i patrzę, czy oddycha. – A kiedy ten lęk minął, jak odnalazłaś się jako matka? Martyna Wojciechowska: Kobiety przeżywają bardzo różne emocje po urodzeniu dziecka. Ale jest też pewien etos – mówienia, że wszystko, co czują, jest cudowne. Otóż zapalenie piersi nie jest. Bycie mamą sprawiło mi na początku wiele trudności. Myślałam: to koniec życia podróżniczki. Słuchałam: „Zobaczysz, teraz wszystko się zmieni”, mówionego z takim okropnym uśmiechem satysfakcji, że teraz dziecko zatrzyma mnie w domu i skończą się moje wyprawy. A we mnie rósł bunt. Musiałam sobie udowodnić, że to nie oznacza końca mojej pasji. Po ośmiu miesiącach pojechałam w góry spotkać się z samą sobą. Zrobiłam jednak wszystko, żeby moje dziecko jak najmniej to odczuło. Dziś już wiem, że najtrudniejsze są rozłąki z córką. – Pozwolisz mi zacytować swój SMS? „Siedzę w jakiejś d… i wciąż czekam na odlot na Antarktydę. Moje dziecko zaczęło wstawać i robi siusiu do nocnika, a mnie tam nie ma… Morale mi spada”. Martyna Wojciechowska: Bo spadało. Nie spodziewałam się, że można tak za kimś tęsknić. Tak bardzo czuć się przytłoczonym przeciwnościami losu, pogody. Miałam wtedy duży kryzys. – Wstydzisz się tych matczynych emocji? Martyna Wojciechowska: Kiedyś wydawało mi się to infantylne i śmiałam się z rozmów o zupce i kupce. Dziś sama takie prowadzę. Ale w gazecie nie chcę opowiadać o swoich zachwytach nad dzieckiem. Bezpieczniej mi być Larą Croft, to też jedna z moich twarzy. – O nie, chcę znać tę inną. Czym Cię Marysia ostatnio rozczuliła? Martyna Wojciechowska: Największe motyle w brzuchu to ona. Nikt nawet przez pięć minut nie sprawił, że czułam się tak wyjątkowo, jak wtedy, gdy patrzę na nią. – Kiedy wróciłaś, co Ci powiedziała Twoja prawie już dwuletnia córka? Martyna Wojciechowska: „Mama rulez! – Mama rządzi!”. Mówi też: „Oh, my God! – O mój Boże!”, bo ja wciąż, łapiąc się za głowę, to powtarzam. – Jak jest? Rządzisz? Czy częściej łapiesz się za głowę? Martyna Wojciechowska: W moim domu zawsze było cicho i uwielbiałam to! Nie oglądam TV, nie słucham radia ani muzyki. Lubiłam tak siedzieć i pisać, kiedy miałam wenę. Zawsze byłam samotnym wilkiem, miałam specyficzne związki. Moi mężczyźni też mieli mnóstwo pasji, pracy. Rzadko siedzieliśmy we dwoje w domu, spędzając czas „tradycyjnie”, więc dom miałam taki, jak chciałam. W tej chwili pełen jest ludzi, dźwięków, piszczących kaczuszek, o które się w kółko potykam. Mam wrażenie, że bez przerwy ktoś wchodzi i wychodzi. Liczba pretekstów, które potrafi wymyślić mój kochany tata, żeby do nas przyjść, jest zaskakująca. Dziś rano: „A może furtka ci się zacięła? A może śnieg ci odrzucę?”. I nagle ton mu się zmienia: „Cześć, Marysiu, dziadzia przyszedł”, mój poważny tata się rozpływa. Nie narzekam, nareszcie sama mam trochę odpuszczone (śmiech). Mam nowoczesnych rodziców, ale nie da się ukryć – byliby spokojniejsi, gdybym żyła bardziej standardowo. – Co jest dla Ciebie najtrudniejsze w tej „opcji standardowej”? Martyna Wojciechowska: Powinnam powiedzieć: „Wstaję, patrzę, jak świeci słońce. Cieszą mnie małe rzeczy”. Dlaczego tak nie jest? Codzienność i rutyna to coś, co mnie zabija. Jak nie ma fajerwerków, jestem nieszczęśliwa. Najtrudniejsze jest życie tu, na nizinach. Kiedy po wyprawie słyszę: „Wow, ale pani jest dzielna”, uśmiecham się w duchu, bo tam, w górach wszystko jest prostsze. Znam wiele osób, głównie mężczyzn, którzy uciekają w podróże. Najpierw to tylko wentyl. A potem? Już tylko tam się sprawdzają. Wraca taki i jest herosem, bo zdobył górę. A czym to, do cholery, jest w porównaniu z byciem dobrym ojcem?! Szanuję ich i podziwiam, ale zdania nie zmienię. W normalnym życiu się nie sprawdzają. A ja? No cóż. Mam takie marzenie, aby umieć żyć zwyczajnie. Więc chyba nie mogę się z tego wycofać… Rozmawiała: Monika Kotowska Zdjęcia Zuza Krajewska i Bartek Wieczorek Stylizacja Jola Czaja Asystentka stylistki Agnieszka Dębska Współpraca Pola Madej Makijaż Izabela Wójcik Fryzury Piotr Wasiński Scenografia Ewa Iwańczuk i Tomek Felczyński Stunt & Rigging Effects: Tomek Lipski, Andrzej Słomiński Modele: Emmanuel F. i Patryk B. /MANGO MODELS Produkcja Elżbieta Czaja
Strona zawiera treści przeznaczonetylko dla osób dorosłych Fot. materiały prasowe O TYM SIĘ MÓWI Nosi rozmiar 40, a nawet 42 i właśnie… wystąpiła na okładce najnowszego Playboya! Monika Borzym przełamuje tabu? Fot. materiały prasowe Monika Borzym pojawiła się na okładce najnowszego numeru Playboya. I… zachwyciła internautów swoimi krągłościami! Polska artystka szybko została okrzyknięta polską Marylin Monroe! Skandalista, milioner, kobieciarz... Jak wyglądało życie playboya wszech czasów? Monika Borzym na okładce Playboya Monika Borzym ma na swoim koncie pięć płyt. Już jako 19-latka zaczęła podbijać polską scenę muzyczną. Wtedy na zaproszenie Michała Urbaniaka wystąpiła na Jazz Jamboree. Na co dzień zachwyca swoim wokalem i tworzy w klimacie jazzowo-soulowym. Wszyscy pamiętamy ją z programu Twoja twarz brzmi znajomo. Nie można odmówić jej charyzmy i odwagi. „Bez kompleksów - Monika Borzym - akty i jazz”, tak zatytułowano materiał z udziałem artystki. Sensualna sesja wokalistki wywołała w sieci prawdziwe poruszenie. Internauci podkreślają, że to jedna z najpiękniejszych okładek magazynu Playboy. Nic dziwnego, w końcu fotografka – Iza Grzybowska rewelacyjnie podkreśliła piękno swojej bohaterki. Czy majowa okładka magazynu przełamuje tabu? „Mam rozmiar 40, a czasem nawet 42. Jestem na okładce Playboya i jestem z tego dumna”, napisała Monika Borzym. Kanon kobiecego piękna wciąż się zmienia. Jesteśmy przyzwyczajeni do promowania modelek o perfekcyjnej figurze czy urodzie. Ciało bez rozstępów, cellulitu, zmarszczek. Dziś sama Marylin Monroe, symbol seksu, uznana byłaby za... grubą. I nagle pojawia TA okładka. Zupełnie inna, ale tak bardzo… potrzebna. Czy zmieni wizję piękna? Jej bohaterka nie ma rozmiaru 34 a nawet 36. Ale Monika Borzym jest za to pewna siebie, świadoma swojej kobiecości, atrakcyjna i spełnia się na wielu płaszczyznach. Taka kobieta przemawia do nas z okładki Playboya. Magazynu, który w ostatnim czasie odchodzi od własnej konwencji. „Jesteś po prostu piękną naturalną kobietą. Są takie czasy, że niejako trzeba się „tłumaczyć z rozmiarów. Bo sztuczny świat krzyczy o rozmiar 34! Wielki szacunek”, ,,W końcu na okładce @playboy_polska prawdziwa, naturalna i seksowna KOBIETA ❤️❤️❤️👌", czytamy w komentarzach. I trudno się z nim nie zgodzić. Bo my wpasowujemy się w narzucane nam normy. A wcale nie musimy, bo piękno nie ma rozmiaru. Piękno to różnorodność, o której tak często zapominamy. Niech w końcu się to zmieni. Najlepsze Promocje i Wyprzedaże REKLAMA
Martyna Wojciechowska zwiedziła prawie cały świat, zdobyła jego najwyższe szczyty, osiągała sukces za sukcesem, ale na miłość nigdy nie potrafiła się w pełni otworzyć. Przemkowi Kossakowskiemu, zapalonemu podróżnikowi, zakochanemu w adrenalinie i w życiu tak samo, jak ona, udało się zdobyć jej serce, rozkochać w sobie na tyle, by zdecydowała się go poślubić. Ale i ten związek nie przetrwał próby czasu. A jeszcze do niedawna Wojciechowska wypowiadała się o Kossakowskim w samych superlatywach. – To jest prawdziwy partner, wzajemnie szanujemy swoją przestrzeń. I choć nie chcę, żeby zabrzmiało to sielankowo, to jakoś nie zdążyliśmy się do tej pory pokłócić. Na pewno nigdy przy żadnym innym mężczyźnie tyle się nie śmiałam i jednocześnie nigdy z jego powodu nie uroniłam ani jednej łzy. I to jest dla mnie nowość w relacjach z mężczyznami – mówiła w wywiadzie dla „Urody życia”. 16 października 2020 roku w zaciszu polskiej wsi wzięła z Przemkiem ślub. Nic nie zwiastowało szybkiego końca tej miłości. Uchodzili za naprawdę zgraną parę i nie zdradzali, że w ich związku narodziły się jakieś problemy. W lipcu 2021 roku para poinformowała jednak o rozstaniu. 25 lipca 2022 roku we wtorek, ma zaś odbyć się rozprawa rozwodowa. Martyna Wojciechowska lada chwila będzie rozwódką. Jej miłosne życie zadziwia. Pięć razy była zaręczona, a dwa, uciekła sprzed ołtarza! Miłosne perypetie Martyny Wojciechowskiej Zobacz także Martyna Wojciechowska kilkakrotnie przyjmowała oświadczyny zakochanych w niej mężczyzn, by następnie zerwać zaręczyny. – Kilka z tych razy w ogóle nie powinnam była się zaręczyć. To brzmi zabawnie: pięć razy byłam zaręczona, dwa razy uciekłam sprzed ołtarza, ale gdzieś tam za każdą z tych decyzji stoi jakiś mały, większy, może nie dramat życiowy, ale trudność, wyzwanie i zmierzenie się z samym sobą – powiedziała w jednym z wywiadów Martyna. Wydawało się, że szczęście odnalazła dopiero w 2007 roku, u boku informatyka i nurka Jerzego Błaszczyka. Poznała go w Egipcie. Owocem tej miłości jest córka Marysia, która przyszła na świat w kwietniu 2008 roku. Ale córka nie scementowała związku spontanicznej podróżniczki i informatyka. Proza życia sprawiła, że ukochany wyprowadził się z domu Martyny i dzielił z nią tylko rodzicielskie obowiązki. Straciła przyjaciela W lutym 2016 roku na podróżniczkę i jej córkę spadła tragedia. Jerzy zmarł. Przegrał walkę z nowotworem. – Wtedy to był pierwszy raz, kiedy płakałam przy Marysi jak nigdy wcześniej – powiedziała Wojciechowska w rozmowie z „Galą”. Długo nie pozwalała sobie na stworzenie stabilnego, poważnego związku. Aż wreszcie na jej drodze stanął dziennikarz i podróżnik Przemek Kossakowski. Rozstanie z Przemysławem Kossakowskim Martyna Wojciechowska i Przemysław Kossakowski spotykali się od 2018 r. Rok później doszło do ich zaręczyn. 16 października 2020 r. wzięli cichy ślub, a w lipcu następnego roku media obiegła wiadomość o ich rozstaniu. "Jak wiecie bardzo rzadko wypowiadam się na temat mojego życia osobistego, ale w związku z ostatnimi doniesieniami medialnymi i licznymi spekulacjami, chciałabym żebyście usłyszeli kilka słów bezpośrednio ode mnie" - napisała podróżniczka w oświadczeniu zamieszonym w mediach społecznościowych. Koniec małżeństwa Martyny Wojciechowskiej! Jest oświadczenie "Po 3 latach związku i 3 miesiącach od ślubu, z dnia na dzień nastąpił koniec mojego małżeństwa. Ta nagła zmiana była dla mnie wielkim zaskoczeniem, bo odpowiedzialność, zobowiązanie i dane słowo są i zawsze będą dla mnie wartościami nadrzędnymi" - dodała. MJM Ten artykuł po raz pierwszy ukazał się na stronie Faktu r.
GALA: Złośliwi mówią, że nie przejechałaś rajdu, lecz zostałaś przewieziona, że na Mont Blanc cię wniesiono, że rekiny, z którymi nurkujesz w nowym programie, to fotomontaż. Martyna Wojciechowska: To żałosne. Tak mówią laicy. Na rajdzie nie ma taryfy ulgowej. Jak wszyscy, przepraszam, musisz się załatwiać przy ludziach, nie jesz, nie śpisz. Kiedy przez 12 godzin jedziesz w upale, kiedy niemiłosiernie trzęsie, to z którejkolwiek strony byś siedziała, masz dość. Idę na Mont Blanc i ktoś mówi, że to wejście dla emerytów. Nawet gdybym szła bez plecaka, to czy ktoś za mnie zrobi milion kroków? GALA: Ludzie wciąż spekulują, kim jest twój partner życiowy, czy polecisz z nim na Księżyc... Czasem złoszczę się, kiedy czytam jakieś wymyślone historie o mojej drugiej połówce, bo wiem, jak to wpłynie na atmosferę w domu. Cóż, takie rewelacje powodują pewną nerwowość... Ręce mi opadają, kiedy słyszę po raz setny pytania o sesję w Playboyu lub czy często zmieniam facetów. A ja w tym względzie jestem więcej niż tradycjonalistką. Jeśli nie opowiadam o swoim życiu prywatnym, o moim partnerze, o tym, jak się poznaliśmy, jaki był mój pierwszy raz, jeśli ludzie nie wiedzą, co jemy rano na śniadanie i czy chodzę w piżamce w misie, a on w króliczki, to nie znaczy, że ja nie mam życia emocjonalnego. Przeciwnie. O tych spekulacjach myślę jak Hugh Grant w Notting Hill: dzisiejsze gazety wyściełają jutrzejsze kubły. GALA: Czemu swojego mężczyznę chowasz przed światem? Znamy się od półtora roku. Nie robię tajemnicy z naszego związku, ale uważam, że ludzie powinni patrzeć na efekty pracy, nie na życie prywatne. Niektórzy mogą uważać mojego faceta za mruka. Nie jest nim, po prostu nie mówi, jeśli nie ma czegoś istotnego do powiedzenia. Uwielbiam takich facetów. Nie lubię mężczyzn za słodkich albo zbyt przystojnych. Mój partner nie mógłby być drobiazgowy. To by go dyskwalifikowało. Musi być silny, wiedzieć, czego chce w życiu. Nie znoszę czarusiów towarzyskich i takich, co podrywają "na wieśniaka". Wiesz, podjeżdżają z piskiem opon, machają kluczykami. To nie mój typ. To niewiarygodne, ale podobnie podrywają kierowcy rajdowi. GALA: Dziwisz się im? Jesteś piękna i stale uśmiechnięta. Nie zawsze. Po rajdzie Paryż-Dakar w prasie ukazało się wiele moich "zapłakanych" zdjęć. Nie miałam oporów, by je pokazać. Ludzie widzą na fotografii uśmiechniętą Martynę na Mont Blanc, nie wiedzą, że całą drogę wymiotowałam. GALA: Masz jednak więcej energii niż przeciętna kobieta. Od zawsze? Skąd! Byłam nieśmiałym dzieckiem. Źle znosiłam przedszkole, chorowałam z nerwów. Byłam poważna. Uczyłam się czytać na Panu Wołodyjowskim. Gdy poszłam do zerówki, to był prawdziwy szok. Tłum dzieci, hałas. I ja. Sama. GALA: Kiedy się zmieniłaś? W liceum przeżyłam okres buntu. Na rozpoczęcie roku szkolnego przyjechałam czerwoną emzetką. Niestety, byłam też pierwszą osobą tępioną za palenie papierosów za śmietnikiem. Teraz nie palę, wtedy robiłam wszystko pod prąd. GALA: Dziś żyjesz intensywnie, a przeszłaś ciężką chorobę. Nie boisz się jej powrotu? Nie. Nie myślę o tym, choć wciąż mam problemy ze zdrowiem. Dwa razy miałam uszkodzony kręgosłup. Mam niewydolność żylną, więc gdy idę w góry, biorę heparynę w zastrzykach. Mam problemy z oskrzelami. W czasie programu Big Brother przeszłam dwa zapalenia oskrzeli i zapalenie płuc. Udawałam, że nie jestem chora. Nigdy nie wzięłam zwolnienia z pracy z powodów zdrowotnych. I doprowadziłam do spastyczności oskrzeli. Są dni, kiedy walczę, żeby wstać z łóżka. Mam jednak silną motywację. Kiedyś Olga Lipińska powiedziała, że jest jak kolorowy bączek, który się kręci, i ma wrażenie, że jak się zatrzyma, to się przewróci. To jest świetne porównanie. GALA: Masz wyrzuty sumienia, odpoczywając? O tak, że śpię za długo, że kolejny dzień zmarnowałam, bo nie dokonałam wiekopomnego odkrycia, tylko siedzę i patrzę sobie w okno. GALA: Chyba nieczęsto, bo wkrótce przeprowadzasz się do nowego domu. Trochę jestem tym wykończona. Z remontowanego domu tak naprawdę został tylko zewnętrzny mur. Miałam artystyczną wizję. Kierowałam wyburzaniem ścian nawet przez telefon. Już przyjeżdżają meble, a ja cały czas coś jeszcze zmieniam. GALA: Podobno w domu potrafisz zrobić wszystko. Prawie, bo gotowanie raczej cię nie pociąga. Zawsze wolałam siedzieć z tatą w garażu niż w kuchni z mamą. To nie zmienia faktu, że mam z nią superkontakt. Uwielbiam ją i podziwiam. Nie jest nigdzie powiedziane, że kobieta musi być kobietą biznesu albo zwolenniczką sportów ekstremalnych. Mama jest dla mnie wzorem życiowym. Nie robiła wielkich interesów i nie skakała na bungee. Poświęciła się wychowywaniu mnie i dzieci swojego zmarłego brata. U nas bez przerwy ktoś mieszkał: kobiety porzucone, wyrzucone z domu, z dzieckiem na ręku, po przejściach. Przyzwyczaiłam się. GALA: Taki dom chciałabyś stworzyć? U mnie też często na podłodze śpi 6 osób i jest mi z tym bardzo dobrze. Rodzina... To wydaje się dużo większym wyzwaniem niż moje wszystkie szczyty górskie. Podziwiam kobiety zadbane, z dwójką dzieci, pracujące zawodowo. Ja też chciałabym mieć dzieci, może nawet zdecyduję się na adopcję? Wydaje mi się, że jeśli ktoś ma odpowiednie środki, aby zapewnić im dobrą przyszłość i wykształcenie, to powinien to zrobić. Mam 28 lat. Przypuszczam, że nie będę tradycyjną mamą, nad czym trochę boleję. Bardzo dobrze wspominam z dzieciństwa to, że kiedy wracałam do domu, mama zawsze była. I były placki. I zupa, i ciasto. Wciąż dostaję od mamy zupę w słoiku... Ciężko mi będzie stworzyć taki dom. Ostatnio rozczulają mnie małe dzieciaki. Bardziej niż kiedykolwiek. Ale nie sądzę, że jest to dla mnie dobry moment na zostanie mamą. Wszystko to na mnie czeka, a ja za kilka godzin lecę do Afryki. GALA: Żyjesz w biegu. Jak się to ma do twoich marzeń o stabilizacji? Ludzie wciąż pytają, dokąd pani tak pędzi, za czym goni? Mamy jedno życie i nie potrafię pogodzić się z tym, że tak szybko przemija. Ostatnio dostałam licencję shark diver, nurka rekinowego. Mam opracowany cały program wspinaczkowy. Po powrocie z Kilimandżaro będę wspinać się na Elbrus, potem na najwyższy szczyt Australii - Górę Kościuszki, i na McKinley na Alasce. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, co znaczy wspinaczka. Zdobywanie gór powyżej 6 tysięcy to projekty wymagające wielu lat pracy. Poważne wspinaczki kończą się bardzo często śmiercią. Chciałabym jeszcze pomieszkać z Eskimosami, pojechać na biegun zimna w Jakucji. Kupiłam trzy rozklekotane samochody i składam z nich jeden. Chcę za rok wystąpić w rajdzie transsyberyjskim. To taki Paryż-Dakar po błocie. GALA: Twój mężczyzna również uprawia sporty ekstremalne. Nie boisz się o niego? Nie mogłabym nikomu odebrać jego marzeń. Wiem, że to obróciłoby się przeciwko mnie. Ja też nie chciałabym, by ktoś kiedyś stanął na drodze do realizacji moich planów. Rozmawiała Monika Berkowska Nr 10, od 3 do 9 marca 2003
Martyna Wojciechowska to obecnie kobieta instytucja, podróżniczka, działaczka społeczna i ekologiczna, pisarka, jednocześnie jedna z najbardziej rozpoznawalnych i najlepiej zarządzanych rodzimych marek. Jej kariera należy do wyjątkowo spektakularnych i błyskotliwych. Za swoje osiągnięcia sportowe, filmy, programy, akcje charytatywne oraz książki Martyna Wojciechowska jest powszechnie podziwiana i lubiana, a lista jej osiągnięć, nagród i wyróżnień przyprawia wprost o zawrót Wojciechowska – self made womanSwoją drogę ku sławie, urodzona w 1974 roku w Warszawie jako Marta Eliza Wojciechowska, przyszła gwiazda zaczynał pod koniec lat 90-tych w lokalnych mediach, by nieco później kontynuować ją w prywatnej telewizji ogólnopolskiej. Jako energiczna i przebojowa fanka motoryzacji i sportów ekstremalnych swoja charyzmę szlifowała w programach takich jak Automaniak oraz czasopismach Świat motocykli i Auto rozpoznawalność zyskała jako prowadząca pierwszą krajową edycję kontrowersyjnego reality show Big Brother, który oglądała na początku nowego stulecia niemal cała Polska. Śmiała sesja w Playboyu dodatkowo podgrzała atmosferę wokół nowej gwiazdy TVN. Nikt by w owym czasie raczej nie przypuszczał, że w nie tak znowu dalekiej, przyszłości, będzie pisać Martyna Wojciechowska książki, udzielać się charytatywnie i adoptować dzieci z wielkim sukcesie i fali popularności związanej z emisja Big Brothera, Wojciechowska, aby nie dać się ostatecznie zaszufladkować jako prezenterka tego typu produkcji, zaangażowała się w starty w rajdach samochodowych. Jako posiadaczka (od 17 roku życia) Międzynarodowej Sportowej Licencji Rajdowej i Wyścigowej na pojazdy dwu- i czterokołowe nie była dyletantką, choć zadania jakie sobie wyznaczyła, udział w rajdach Sahara – Dakar i Transsyberia, bez wątpienia były nie lada wyzwaniem. Podobnie jak skompletowanie Korony Ziemi, czyli zdobycie najwyższych szczytów każdego z kontynentów – projekt rozpoczęty w 2002 r. a zakończony powodzeniem w 2010 Wojciechowska – Kobieta na Krańcach świataZ biegiem czasu Martyna Wojciechowska coraz bardziej kojarzona była jako podróżniczka i globtroterka, a nie prezenterka telewizyjna. Niepostrzeżenie i bardzo naturalnie weszła w rolę autorytetu od dalekich wypraw i najbardziej ekstremalnych kartach Misji Everest, swojej pierwszej podróżniczej książki, Martyna Wojciechowska, opisała własną drogę na szczyt najwyższej góry świata, walkę nie tylko z naturą, ale i za samą sobą, ograniczeniami i słabościami ciała (Martyna Wojciechowska, zmaga się z astmą, chorobą żylną, konsekwencjami chorób tropikalnych, które przeszła oraz skutkami dwukrotnego złamania kręgosłupa). W 2007 r. została redaktor naczelną polskiej edycji National Geographic i National Geographic Traveler. Był to także początek jej niezwykle intensywnej kariery pisarskiej. Wcześniej publikacje książkowe stanowiły raczej margines jej niezwykle różnorodnej działalności. W wydawnictwie National Geographic ukazały się takie książki Martyny Wojciechowskiej jak Dzieciaki Świata – seria dla dzieci opowiadająca o życiu ich rówieśników w najdalszych zakątkach naszego globu oraz Zwierzaki świata – cykl przybliżający małym czytelnikom fascynujący świat egzotycznej fauny. Za Zwierzaki świata Martyna Wojciechowska została nawet nagrodzona w 2013 r. Bestsellerem Empiku w kategorii Koncept multibranżowy. Dostępne również jako audiobooki i ebooki książki Martyny Wojciechowskiej skierowane do młodego odbiorcy, zrobiły prawdziwa furorę na rynku literatury sukcesem okazała się także cały projekt, a właściwie nawet marka, Kobieta na krańcu świata. Emitowany od 2009 r. program Kobieta na krańcu świata odważnej globtroterce niezwykłą popularność i sympatię widzów. W ramach projektu, przy wsparciu National Geographic oraz TVN, opublikowała również Martyna Wojciechowska książki pod tym samym tytułem, za które została doceniona Nagrodą Bursztynowego Motyla im. Arkadego swoim życiu podróżniczka niejednokrotnie zmuszona była stawiać czoła różnym przeciwnościom. Czy była to walka o należnie jej miejsce w zdominowanym przez mężczyzn sportach motorowych i samochodowych, czy z chorobą nowotworową zawsze wierzyła, że jeżeli chodzi o życie i przyszłość, potrafi zachować pakiet kontrolny. Publikując Przesunąć horyzont, Martyna Wojciechowska chciała swoim poczuciem sprawczości zainspirować innych. Przesunąć horyzont jest bardzo osobistą, a przez to wyjątkową pozycją w całym dorobku Martyna Wojciechowska pisząc książki, kręcąc odcinki swojego programu czy filmy dokumentalne nigdy nie unikała emocjonalnego zaangażowania w rzeczywistość, którą przekazywała jej kamera czy pióro. Problemy ludzi i naszej planety starała się nie tylko poznać czy pokazać, ale również, na miarę swoich możliwości wnieść wkład w ich rozwiązanie. Od lat aktywnie wspiera WWF w walce o ochronę przyrody, a niedawno adoptowała dziewczynkę, albinoskę z Tanzanii, której dramatyczną historię opowiedziała w dokumencie Ludzie duchy.
martyna wojciechowska w pleyboju